Malutka korespondencja.

Tekst ponizszy pochodzi z:   http://gdybymbylaktorem.pl/2015/06/15/kryzys-1   I zostal zapozyczony za zgoda autora.pozadanie1

Jestem wykończony. Głowa mi ciąży. Potrzebuję relaksu. Potrzebuję kilku dobrych, lekkich ale mądrych filmów…

Dawno nie pracowałem tak intensywnie. Pół roku składałem pewien duży projekt internetowy, w międzyczasie było pięć delegacji, trzy wystawy i mnóstwo projektów pobocznych. Doszło nawet do tego, że wstawałem w nocy, by pracować na kompie, ryzykując w ten sposób zawał, kataraktę i rozpad małżeństwa. Kiedyś zdarzało mi się to nagminnie, ale potem zrozumiałem, że praca to nie wszystko, poszedłem do szkoły aktorskiej i założyłem bloga. A teraz… Teraz jest weekend i siedzę sobie na relaksie, a projekt wciąż nie jest uruchomiony. Nie wiem jak to się dzieje, że jeszcze mnie krew nie zalała. Dodajmy, że pracuję w dziale marketingu, co oznacza, że ilekolwiek bym robił, i tak wszyscy wokół będą uważali, że nie robię nic.

Amaktor kuleje, to znaczy zawsze miałem napisane teksty na miesiąc do przodu, a teraz wyprzedzenie jest najwyżej tygodniowe. Gdyby nie pewne zobowiązania blogowe, do których podchodzę sumiennie acz z rozkoszą, nie pisałbym niemal nic i właściwie nic nie oglądał. Na szczęście już dawno zrozumiałem, że człowiek nie może żyć samą pracą, bo to prędzej czy później kończy się wypaleniem. Raz na jakis czas po prostu muszę usiąść i coś napisać – to przymus, codzienność jak nie przymierzając kupa. Ale i tak piszę mało. Mój chmurowy notatnik kipi od pomysłów, których wciąż nie ubrałem w teksty. Głowa mi ciąży. Potrzebuję relaksu. Potrzebuję kilku dobrych, lekkich ale mądrych filmów, które owioną mnie delikatną chmurką – byle nie komputerową! – i utulą do snu. A śnić będę dzięki nim seksownie i kolorowo.

Na przykład takich filmów, jak „Pożądanie”. Jest we francuskich filmach coś szczególnego, jakiś oddech i luz. Zupełnie nie ma tu angielskiej ironii (którą skądinąd uwielbiam), amerykańskiego zwiariowania (które skądinąd uwielbiam) i naszego smutku (który skandinąd…). Jest za to mnóstwo ciepła, afirmacji życia, a historie napisane wokół takich pozytywnych uczuć są bardzo aktorskie. Dobrze zagrane – potrafią wzruszać do głębi. Tak jest w „Pożądaniu” i to zasługa zarówno Sofie Marceau (którą skandinąd… mmmmmmmmm…), jak i Francois Cluzeta. Ten ostatni grał w genialnym filmie „Nietykalni” sprzed kilku lat, który też miał ten typowo francuski urok.

W ogóle z tą kulturą francuską jest przedziwnie – zupełnie jej nie kumam. Zdecydowanie bliżej mi do Hiszpanii i tak było już od dziecka. Gdy mieliśmy z bratem po kilkanaście lat, ojciec zabrał nas na parę dni do podparyskiego Eurodisneylandu, otwartego ledwie dwa czy trzy sezony wcześniej. Wcześniej sam jeździł służbowo do Paryża, znał go więc i nie namawiał nas na to, by choćby pójść na spacer. A my, jako gówniarze, woleliśmy siedzieć w amerykańskiej imprezowni, niż włóczyć się po francuskiej dziurze. Byłem więc w Paryżu, ale nie widziałem wieży Eiffla nawet z daleka. Dziś uwielbiam francuskie wino, sery, zamiłowanie do sztuki, ale na przykład języka nie czaję w ogóle. A już zwłaszcza jego brzmienia. Gdy słyszę piosenkę po francusku, podchodzi mi do gardła śniadanie – nawet jeśli rano zjadłem bagietkę z oliwą.

„Pożądanie” zachwyciło mnie niestandardowym potraktowaniem związku mężczyzny z kobietą, a zwłaszcza seksu. Oto piękna czterdziestka, pisarka, rozwódka poznaje na bankiecie eleganckiego mężczyznę w jej wieku, który sypie inteligentnym dowcipem, jest wykształcony, kumaty i… szczęśliwie żonaty. To jeden z niewielu filmów, w których nie mogę się przyczepić do polskiego tłumaczenia tytułu. Nie wiem czy taki był zamysł twórców, ale termin w tytule genialnie obrazuje, co dzieje się miedzy tą dwójką. Gdy myślimy „pożądanie” zawsze wizualizują nam się tego pożądania rozkoszne i pożądane konsekwencje. Tu nie jest tak prosto. Oni się spotykają, by nakręcać swoje wzajemne ciśnienie, a czy skończą w łóżku? Nie zdradzę. Dość, że czekasz na to przez półtorej godziny. Samo to już pokazuje, jak bardzo ten film jest niedopowiedziany i jak dobrze może zrobić niedopowiedzenie filmowi. Nie wymieniają się numerami, ale przeznaczenie za chwilę znów ich do siebie zbliża. Same ich spojrzenia – intensywne, gorące, pełne seksualnego napięcia – to wybitnie aktorski materiał. I oboje głównych odtwórców rzeźbi w tym materiale z wielką maestrią.

Film kończy się zaskakującą puentą, która zostaje w głowie tak, jak ją interpretujesz. Pod wpływem tej puenty można by było się zastanowić, jak mogłoby potoczyć się nasze życie. Jednak zamiast wpaść w melancholijny tryb typu „co by było gdyby”, spojrzałem ma Mo i powiedziałem z uśmiechem: o kurwa, ależ ja jestem szczęśliwy.

Tyle że nie z powodu pracy.

CDN.

One thought on “Kryzys #1”

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: